- Date: 10 sie 2026

5 lekcji, których nauczyło mnie „Shibui. Japońska sztuka znajdowania piękna w tym, co niedoskonałe”


Są książki, które przynoszą odpowiedzi. „Shibui” Sanae Ishidy zrobiło ze mną coś innego: pomogło mi lepiej zadawać pytania i dodało odwagi do zadawania tych, które nosiłam w sobie. Dlaczego tak łatwo przychodzi mi dostrzeganie własnych braków, a tak trudno zrozumienie? Kiedy troska o siebie zmienia się w obsesję perfekcji? Czego chcę się pozbyć, a co naprawdę chcę zachować?
Czytałam tę książkę w momencie, w którym coraz częściej myślę o dojrzewaniu w kontekście zmian ambicji, relacji z własnym ciałem i sposobu, w jaki chcę spędzać codzienność. Zauważam, że coraz mniej interesuje mnie życie, które robi wrażenie, a coraz bardziej takie, w którym czuję się dobrze. I właśnie o tym jest „Shibui”.


To japońskie pojęcie opisuje piękno, które jest spokojne, dyskretne i nieoczywiste. Piękno, które nie próbuje zwrócić na siebie uwagi, ale takie, które potrzebuje czasu, by je zobaczyć. Piękno, które ma wady, dzięki którym łatwiej jest je wydobyć. Spisałam dla was 5 lekcji, których nauczyło mnie „Shibui” Sanae Ishidy:
Lekcja I. Pożegnanie z lepszą” wersją siebie
Przez długi czas wydawało mi się, że kiedyś dotrę do momentu, w którym wszystko będzie „tak, jak chcę”. Będę spokojniejsza, bardziej zdecydowana, lepiej zorganizowana. Skończę ważne projekty, wyrobię dobre nawyki, nauczę się odpoczywać bez poczucia winy. Myślałam, że dopiero wtedy, w tej przyszłej, bardziej dopracowanej wersji, poczuję się naprawdę w moim “tak, jak chcę”.
Tyle że ten moment stale się przesuwa. Shibui przypomniało mi, że życie nie jest okresem oczekiwania na wersję finalną postaci. Niedokończone, nie oznacza wybrakowane. Można jednocześnie się zmieniać i już być wystarczającą. Można czegoś nie wiedzieć, nad czymś pracować, popełniać błędy – i co najlepsze – nadal zasługiwać na własną życzliwość.
Lekcja II. Zmiana nie oznacza straty
Mocno dotknęły mnie te fragmenty książki, które dotyczą upływu czasu. Te, które uświadamiają was, że nie jesteście już tymi najmłodszymi – najmłodszymi w pracy, w rodzinie, w towarzystwie. Mamy wyglądać tak, jakby czas nas nie dotyczył. Zachować młodość, energię i spontaniczność. A jeżeli się zmieniamy, najlepiej robić to dyskretnie. Ishida proponuje swoją perspektywę: czas nie tylko odbiera. Czas także tworzy.
Opisuje doświadczenie, które pozwala wcześniej rozpoznawać to, co nam nie służy. Uczy odróżniać potrzebę od presji. Sprawia, że coraz rzadziej chcemy zasłużyć na akceptację wszystkich, a coraz częściej wybieramy ludzi, przy których możemy być sobą. Dojrzałość nie musi być słabszą wersją młodości, ale może być jej nową jakością.
Lekcja III. Niedoskonałość jest wpisana w człowieczeństwo
Mam w domu przedmioty, których prawdopodobnie nie wybrałabym dzisiaj w sklepie. Pokracznie naprawione przez dziadka lustro do makijażu z wielką rysą. Rozpadające się magazyny i wybrakowane rodzinne pamiątki. I bukiety kwiatów, którymi dekorowałam ślub moich przyjaciół, a które dziś z każdym podmuchem wiatraka sypią mi się na stół. Te rzeczy nie są idealne, ale trudno byłoby mi je zastąpić. Bo ich wartość wiąże się z tym, co się przy nich wydarzyło, a nie z tym, jak wyglądają.


To Shibui pomogło mi głębiej zrozumieć, że niektóre niedoskonałości są śladem relacji. Przedmiot zużywa się dlatego, że był potrzebny. Kartki się zaginają, bo do nich wracaliśmy. Materiał mięknie, ponieważ był często dotykany. Ślady użytkowania pokazują, że coś stało się częścią życia. Pomyślałam, że podobnie może być z ludźmi. Nasze ostrożności i drobne dziwactwa też mają swoją historię. Nie wszystko, co w nas nieregularne, wymaga korekty. Niektóre cechy są zapisem tego, przez co przeszłyśmy i czego nauczyłyśmy się po drodze.
Lekcja IV. Co naprawdę chcę zachować?
Kiedyś prostota kojarzyła mi się z rezygnacją. Mniejszą liczbą rzeczy, swobodniejszą przestrzenią, bardziej zdyscyplinowanym życiem. Dziś myślę, że chodzi w niej raczej o klarowność. Bo im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, ile energii pochłaniają rzeczy robione z rozpędu. Spotkania, na które nie mam ochoty. Cele, które dobrze brzmią, ale nie są moje. Potrzeba tłumaczenia swoich wyborów ludziom, którzy i tak nie będą chcieli ich zrozumieć.
Shibui zachęciło mnie, by pytać nie tylko: „czego mogę się pozbyć?”, lecz także: „co chcę zachować?”. Które relacje dają mi poczucie bezpieczeństwa? Jakie przedmioty naprawdę lubię? Na czym chcę skupiać uwagę? Co sprawia, że dzień wydaje mi się udany? Prostota nie musi oznaczać surowości. Może oznaczać życie, w którym jest mniej przypadkowych elementów, a więcej rzeczy wybranych świadomie.
Lekcja V. Trudna sztuka uważności
Przez pewien czas traktowałam uważność jak jeszcze jeden punkt na liście dobrych nawyków. Coś, co powinnam regularnie praktykować, mierzyć i wykonywać właściwie. Tymczasem Shibui przywraca uważności jej zwyczajność. Nie chodzi o to, by każdą poranną herbatę zamieniać w ceremonialny rytuał, czy żeby przed wstaniem z łóżka o poranku przeczytać minimum 30 stron książki. Chodzi raczej o krótkie momenty, w których naprawdę jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Czujemy ciepło kubka. Zauważamy światło wpadające przez okno. Słuchamy kogoś bez rozpraszania uwagi i analizowania własnej sytuacji.
Najbardziej wartościowe chwile często nie wyglądają spektakularnie. Nikt ich nie fotografuje. Nie stają się popularnymi wspomnieniami. Zrozumiałam, że nie muszę uczynić codzienności piękniejszą, ale muszę nauczyć się ją prawdziwie postrzegać.


I nie zrozumcie mnie źle, po przeczytaniu „Shibui” nie zaczęłam nagle kochać każdej swojej niedoskonałości. Nadal chcę przyspieszać procesy, które wymagają czasu, i dopinać sprawy, które nie są jeszcze gotowe. Na pewno częściej zatrzymuję się przed automatycznym osądem.
„Shibui” nie jest także namową do zaniedbania ani argumentem przeciwko zmianie. Nie mówi, że wszystko należy zaakceptować i pozostawić takim, jakie jest. Pokazuje raczej, że zmiana może wynikać z troski, a nie z niechęci. To ważna różnica. Być może dojrzałość nie polega na tym, że w końcu stajemy się “tacy, jak chcemy”. Być może przychodzi wtedy, gdy przestajemy uważać własną niedoskonałość za dowód porażki. I zaczynamy dostrzegać w niej historię.

